księga gości :
[zobacz wpisy]
[dopisz się]

do oglądania:
klasowe
łukasz l.
moje
kaisenai
suyia
olcia
chicku
kornelka
kornelka2
sopel
cool i lilinka
majty

blogi inne:
czarna
ankea
marszałek
suyia
chicku
kornelka
olcia
e-cola
sz...
kivi
marta
krzysztofer
nagietka
fasola
wrzosowiskowy ludek
lilinka
pan ktoś
elethiel
ksawery
tymbark
kasia p
malwa

strony inne:
abstrakcja
wybryK
mizia&mizia
koczowisko
forum "w górach"
"w górach"
forum trójki
forum ekoli
zielony dom
teatr nie teraz
wrocław z wyboru
poema
galeria aniołów
natek
stachuriada
ekola

niedawno odsłuchiwane:
(last.fm)





kontakt
gg:4105231

kino pamięci :

(czynne, jednakowoż niepełne, niektóre rzeczy były aż nadto beznadziejne, co bynajmniej nie oznacza, że te, kóre zostały, coś dobrego ze sobą niosą:))

2008
lipiec
2007
grudzień
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
maj
kwiecień
marzec
luty
styczeń
2006
grudzień
listopad
październik
wrzesień
lipiec
czerwiec
kwiecień
marzec
2005
grudzień
listopad
październik
lipiec
czerwiec
maj
marzec
luty
styczeń
2004
grudzień
listopad
wrzesień


created by zet

Kocham Bukę!



Kropka II
Aby dotrzeć do Muszli Leśnej w Głuchołazach o godzinie 10 rano, jak zostało nakazane, wyruszyłyśmy – ja, Suyia i Tala - z przystanku na Psim Polu w środę, o godzinie 8 rano. Dwie godziny wystarczyłyby spokojnie na to, by dotrzeć punktualnie, jednak Suyia, która była naszym dzielnym kierowcą, musiała oddać książkę do szkolnej biblioteki ( płacąc przy tym karę 50 gr) Szkoła Suyii znajduje się troszkę przed dzielnicą Nowy Dwór - to jest trochę daleko i nie po drodze. Nie byłoby jednak tak źle gdyby nie to, że kierowca autobusu 139 pokrzyżowal suyiowy plan jazdy na wprost przez jedne ze skrzyżowań na tyle skutecznie, że musiałyśmy zrobić małą, aczkolwiek czasochłonną wycieczkę po Wrocławiu, nim wreszcie oddałyśmy książkę. Z Wrocławia udało nam się wyjechać o godzinie 9:20. Pani Kierowca starała się nadrobić stracony czas jadąc z zawrotną prędkością 120km/h po autostradzie ( i nie tylko), gdyby udało nam się rozwinąć skrzydła jadąc 10 km/h więcej, pewnie zdążyłybyśmy na czas, O godzinie 10:10 zadzwonił Potas mocno zdenerwowany faktem, że w Muszli nie ma jeszcze ani jednego wolontariusza. A miałyśmy przed sobą jeszcze kawałek drogi…
Zabierając po drodze Alicję z jej domku w Głuchołazach, dotarłyśmy na miejsce ciut spóźnione i jak wielkie było nasze zaskoczenie, kiedy w Muszli nie zastałyśmy nikogo prócz jakichś panów, którzy wstawiali kabiny do garderoby dla wykonawców. Chcąc nie chcąc musiałyśmy jeszcze troszkę poczekać nim zjawili się Grzesiek z Potasem i zagonili do pracy. Na dobry początek Suyia z Alą wybrały się do kosmetyczki na godzinę 13, a ja z Talą rozłożyłyśmy się na trawie czekając na dostawę namiotów.
Gdy Suyia ze zmienionymi brwiami wróciła od kosmetyczki, został postawiony namiot-biuro oraz połowa namiotu-świetlicy. W pracy pomagał nam Piotr zwany Groszkiem, o którym będzie jeszcze pisane… Następnie poszłyśmy z Suyią roznosić kropkowe ulotki i zachęcić w ten sposób ludzi do przybycia na festiwal.. Starałyśmy się być przy tym bardzo miłe, zaczynając od śpiewnego i wesołego „Dzień dobry…!”,jednak nie wszyscy odpowiadali tak samo sympatycznie, ale ogólnie poszło nam nieźle, a przynajmniej nie najgorzej.
Po południu, jeszcze przed obiadem dołączyli do nas Andrzej S. z Włodkiem oraz dwie nowe wolontariuszki – Mazda i Stacha z Poznania, ale właśnie akurat jechały z Wrocławia, który zwiedzały przez ostatnie 3 dni.
W chwili wytchnienia Groszek zaczął nam opowiadać o swoich pasjach; Groszek jest poszukiwaczem – ogólnie interesuje się historią, taki też wybrał kierunek studiów, lubi poszukiwać militariów z okresu drugiej wojny światowej oraz sprzątać ludzkie kości w okolicach kościołów. Opowieści Groszka o kościach zmroziły wszystkim krew w żyłach, więc nie będę ich tu przytaczać:)
Do zapadnięcia zmroku wszystkie namioty – nasze nowe domki - stały na swoim miejscu. Wieczorem zebrało się małe towarzystwo chętne do grania i spiewania, ale tylko troszkę, nie za długo.
Następny dzień był deszczowy. Z samego rana, około godziny 7, przybyli panowie od montowania sceny, zrobiłyśmy im z Natalią pyszne śniadanko z bułek, które zakupił Potas, zostało też conieco dla wolontariuszy, którzy powolutku i ospale wyłaniali się z namiotu. W związku z tym, że pogoda nie była zachęcająca do pracy, a przed południem lekka, poranna mżawka stała się potężną ulewą, praca szła opornie i większość czasu przesiedzieliśmy w namiocie. Grzesiek dla rozwiania sennej atmosfery deszczu, śpiewał dość głupiutkie piosenki, co nawet skutkowało, jednak, gdy już na dobre zaczęło padać i okazało się, że namiot wiekowy, nie jest do końca szczelny i woda zaczęła się wlewać do środka bardzo obficie, panowie oprzytomnieli i migiem pojechali do „Kraba” zakupić folię ( malarską?) Po szybkiej akcji ( ach, co to była za akcja!) udało się ocalić nasze rzeczy od powodzi.
Tego samego dnia, kiedy było zimno i mokro, przygotowaliśmy część scenografii. Przy czyszczeniu i malowaniu kropki czarnym sprayem, dzięki pomysłowości Suyii, moje trampki stału się głęboką metaforą Zua i Dobra. Sama od tej pory podchodzę do nich z pewną refleksją… Pod wieczór zjawiła się Lilinka z Coolem Maxem oraz Chicku, grono się powiększało…
Od godziny 23:00 do 1:00 pełniłam wartę z Suyią. Ja siedziałam w namiocie z Lilinką i Coolem, a Suyia konwersowała na ławeczce z Alą i innymi. Poszłam spać nieco przed końcem warty. Wieczorem nie było ani grania ani śpiewania. Zmęczenie dało się we znaki??
Dnia następnego wstałam raniutko i z Talą wybrałyśmy się wykąpać do schroniska i po świeże bułeczki na śniadanko do piekarni, gdzie zaprowadził nas Suj. Około godziny 10 przyjechali Panowie akustycy, a wśród nich Wottek. W ten dzień wszyscy mieli dużo pracy, trzeba było dokończyć scenografię, poustawiać barierki, zorganizować biuro festiwalowe… i zacząć przyjmować w nim pierwszych gości. Około godziny 16 przybyła Kornelka, a wieczorem tego samego dnia zjawiła się Pluszcz, a później Erel.
W piątkowym koncercie wzięli udział: zespół ZaMałoPiwa, w którym grają Potas z Grześkiem, Apolinary Polek, Na Bani, 40i30/70 - przy których publika szalała, SCoB, oraz Robert Kasprzycki. W czasie koncertu zostałam tzw. tajmingowym, czyli zwoływaczem zespołów o właściwym czasie. Wiązało się to z tym, że trzeba przebywać większość czasu za sceną, co mi się bardzo zresztą podobało:) W tej funkcji dzielnie wspomagała mnie Suyia. Zaraz po zakończeniu koncertu poszłam spać.
W sobotę rano wolontariusze nie mięli nic do roboty, wiec spędzili ten czas na leniuchowaniu. Wraz z Lilinką i Talą poszłyśmy pod prysznic do schroniska, a później na obiad. Około południa rozpoczęły się próby zespołów, a o godzinie 16 koncert konkursowy - PUCH. Wtedy zaczęła się moja i Suyii praca, gdyż każdemu wykonawcy wręczałyśmy na scenie mały upominek, a później robiłyśmy to samo, co dnia poprzedniego. Z tą różnicą, że czasem za scenę zawitał do nas Groszek. W wolnych chwilach gawędziłam pod sceną z Szymonem i sprawdzałam, co słychać w Biurze. Tego dnia gwiazdami byli: zespół Cisza Jak Ta, Grupa Pelton, Jerzy Filar, DoZP, MzR, A. Koczewski i M.Górski oraz Siudma Góra. Zespół Małżeństwo z Rozsądku obchodził właśnie urodziny i dostali od nas pyszny tort, który został wchłonięty przez publiczność, niestety nie dla wszystkich starczyło, ja z Suyią zjadłam resztki, które zostały na samym końcu na talerzu:) Po koncercie w namiocie-biuro było wspólne granie i śpiewanie, na gitarach pięknie grali Wottek, Cool Max i Zgorzel. O wschodzie słońca poszliśmy z Wottkiem do miasta poszukać jakiejś czynnej piekarni, aby zakupić świeże bułeczki, jednak dopiero po jakimś czasie zorientowaliśmy się, że jest niedziela i żadna piekarnia nie będzie czynna o tej porze, więc zrobiliśmy sobie mały spacer po Głuchołazach. Kiedy wróciliśmy, towarzystwo jeszcze grało i śpiewało, Wottek poszedł się do nich dołączyć, a ja poszłam spać do namiotu.
Wstałam trzy godziny później, czyli o godzinie 9. Weszłam do Biura, a tam… znowu grali. ( Dobrze, że nie ciągle…;)) Napiłam się herbaty, posiedziałam chwilkę i ponownie zaległam w namiocie na parę chwil, dopóki Wottek nie obudził mnie na obiad. Po jedzeniu razem z Lilinką, Talą i Wottkiem poszliśmy pod prysznic. O godzinie 17:00 zaczął się koncert laureatów PUCH-u, podczas którego pomagałyśmy z Suyią we wręczaniu nagród, później grały zespoły z Czech, które dostawały od nas małe upominki. Dałam wtedy ognia, gdyż nie orientując się zupełnie kto znajduje się na scenie, nie dałam torby z upominkiem zespołowi, ale konferansjerowi, który był nieco się zdziwił, ale chyba było mu miło, że coś dostał :D Z małym przymrużeniem oka, można dojść do wniosku, że to było specjalnie… Po koncercie, gdy ludzie się już rozeszli, rozpoczęliśmy sprzątanie wstępne. Pożegnałam się z Wottkiem, który niestety już musiał wracać do Wrocławia. W godzinach 00:00 – 2:00 miałyśmy z Suyia wartę, którą spędziłyśmy przyjemnie w namiocie, gdzie Potas grał, a Groszek bardzo pięknie śpiewał piosenki Kaczmarskiego i SDMu ( głównie…) Po warcie poszłam się położyć i spałam twardo do godziny 7:30, gdy obudziło mnie krzątanie się Mazdy i Stachy, które już wyruszały żeby zdążyć na pociąg do Krakowa. Nadeszła pora pakowania i sprzątania. Około godziny 9 wyruszyłyśmy z Suyia, Talą i Lilinką w drogę powrotną do Wrocławia, jedząc po drodze śniadanie ( na dole przy Amorku;)) Tala z Lilinką wysiadły na dworcu PKS (Lilinka musiała dotrzeć jeszcze do Świdnicy) a ja z Suyia pojechałyśmy aż pod kościół w Kiełczowie. I poszłam do domu, a Suyia pojechała.
Na tym kończy się moja relacja z Kropki numer dwa, ogólne wrażenia są bardzo pozytywne! Było inaczej niż w zeszłym roku, ale niezwykle sympatycznie. Za rok – Kropka III!

Jeszcze zdjęcia:
Moje
Suyii
Lilinki
Chicka
Kornelki


kasia-zet 2008-07-25 22:12:13
skomentuj (9)
drzewko


Takie nabazgrane jesienne drzewko, choć zima już. Piórkiem.. i herbatą;) Mam wrażenie, że z dnia na dzień pijam jej coraz więcej..

kasia-zet 2007-12-26 18:56:32
skomentuj (35)
stare myśli na nowo
Myśl o czasie wolnym, widocznym już od jakiegoś czasu na horyzoncie, który wyznacza koniec właśnie rozpoczynającego się tygodnia, jest bardzo rozleniwiająca. Nie w tym sensie, że mi się nic nie chce, ale, że nie chce robić już absolutnie nic, co miałoby jakiś związek ze szkolną nauką, może oprócz rysunków. Przecież i tak za tydzień koniec, wszystko, co nieprzydatne, wyleci z głowy szybciej niż można się tego spodziewać.
W sobotę, kiedy staliśmy w TGG, w mikołajowych czapkach, zbierając produkty i pieniądze potrzebne do zrobienia paczek świątecznych przez Ekipę św. Mikołaja, zauważyłam jak bardzo radość z własnego życia jest powiązana z chęcią pomocy, lub choćby zainteresowaniem się życiem drugiego człowieka, że to zainteresowanie i chęć jest największą mocą, z której radość wypływa. Aż się zdziwiłam, że pomyślałam o tym jak o czymś zupełnie nowym, może kiedyś to czułam, ale dopiero teraz jaśniej zdałam sobie z tego sprawę.
I jak to od razu widać, który człowiek nosi w sobie radość! Podczas kwestowania często zabawialiśmy się wraz z Rzechonem i Maćkiem, który w Ekipie jest od samego początku i właściwie to rozmowa z nim dała mi tak wiele do myślenia, w obstawianie polegające na zgadywaniu, kto, jeśli już wziął naszą ulotkę, ( bo często ludzie przechodzili tak jakby nas w ogóle nie widzieli i nie słyszeli, a czasem marudzili, że jeszcze nie weszli do sklepu, a już ktoś coś od nich chce..) po wyjściu z zakupów wrzuci do koszyka choćby batonika. Okazało się, że zrobili to wszyscy ludzie, którzy się uśmiechnęli podchodząc do nas za pierwszym razem. Wielu było takich, co mnie bardzo ucieszyło, ale z drugiej strony nie wiem czy osiągnęli przewagę liczebną nad tymi drugimi. Bo przewagę tak w ogóle, to na pewno osiągnęli i ta przewaga na pewno będzie, choćby została taka jedna osoba przeciw całemu światu, Wydaje mi się, że człowiek, który żywo interesuje się, tym, co dzieje się z drugim człowiekiem, coś, waznego zrozumiał. Nie wiem dokładnie co. Może fakt, że tak naprawdę, sytuacja jednego człowieka nie różni się w samej swej istocie od sytuacji drugiego ( Jest tak samo rozpaczliwa?) i zamykając się na innych, niewiele zdołamy zdziałać, a właściwie to chyba nic nie zdołamy. A przecież wszyscy potrzebujemy pomocy. Ta potrzeba nie oznacza bynajmniej, że jeden człowiek jest bezradny, a drugi potężny. Bezradność jest stanem przejściowym, natomiast zdolność chodzenia na własnych nogach i radzenia sobie jest raczej powszechna, ważne by nie zamykać się na bezradność innych.
Zawsze wydawało mi się, że każdy człowiek jest bardziej sam niż z drugim człowiekiem, choćby relacja była nie wiem jak bardzo zażyła, oraz że jest to nawet bardzo wskazane po to, by zatrzymać jakoś świadomość siebie i móc, chociaż częściowo odróżnić myśli własne, w które wierzę z całą mocą, od tych, które jedynie przeleciały przez głowę, czasem robiąc niemały zamęt w niej. No, ale po ostatniej sobocie widzę to trochę inaczej i chyba wreszcie jaśnieje mi różnica między otwieraniem się na innych, a bezmyślnym przyjmowaniem ich myśli…
( Mając na względzie to, że dawno nie pisałam, ciągnę notkę dalej… : ))
Zaraz po zakończeniu mikołajowej zmiany, która minęła mi zresztą bardzo szybko, poszliśmy z Wottkiem na herbatę, Wottek dostał herbatkę ryżową, która mało różniła się od wody, w której właśnie ktoś ugotował ryż;) Opowiedziałam mu wtedy o moich wrażeniach, z których powstały powyższe wywody, były one wtedy jeszcze bardzo świeże i niepoukładane, więc nie wiem czy do końca zrozumiałe..no ale z wrażeniami zwykle tak bywa, że musza się poukładać.
Pod wieczór wróciłam do domu, ale chwilę później tato zawiózł mnie do Puzla, gdzie odbywało się małe nocne spotkanko ( Puzel, Majty Emil i ja), miał to być wieczorek filmowy, ale niewiele z tego wyszło, bo większość czasu przegadaliśmy, poszliśmy na spacerek, po którym każdy powinien rozchorować się na zapalenie płuc, i w końcu z filmów udało nam się obejrzeć jedynie Oszukać przeznaczenie 3 (paskudny film) , trochę Krowy i Kurczaka i sam początek RRrr!, bo było to koło 5 i wszyscy padliśmy. Ranek w dniu następnym, czyli dziś, był dla nas bardzo przyjemnie, jednakowo zmulono-zmęczony. Po powrocie cały dzień przespałam i trochę mi szkoda, bo nic nie zrobiłam, za to teraz nie chce mi się spać już nic a nic..


kasia-zet 2007-12-16 21:52:32
skomentuj (2)

Lubię ostatnio kraść sobie godziny snu. Odnajduję przyjemność w tym, że świat w tych godzinach, które powinnam przesypiać, jest daleko, nierealny, a perspektywa wstania za kilka godzin do szkoły z jednej strony budzi śmiech jako coś tak normalnego i rutynowego wśród niesamowitości, która mnie ogarnęła, a z drugiej wydaje się nie do zniesienia. Wiem, że jak się nie wyśpię, to ranek następny będzie jak dalszy ciąg snu, spędzę go w oparach i nie zrozumiem tego, co się wokół mnie dzieje tak, jakbym mogła, gdyby moja głowa była nieco bardziej przejrzysta. Ale przynajmniej minie szybko, a ja nie będę narzekać. Sen jako taki mija jeszcze szybciej. Nastrój zmulono-zmęczony odchodzi w miarę zbliżania się godziny popołudniowej, a wieczorem już nie ma po nim śladu.
Jesień, która choć wczesna, nabrała dla mnie już najbardziej niesamowitego - listopadowego wymiaru - jak zwykle nie pozwala przejść koło siebie obojętnie. Znów zaskakuje ogromem wrażeń, które niewiadomo jak nazwać. W takim razie lepiej je tylko zapamiętać i mówić o nich cichutko tylko tym, którzy są nam podobni, by niczego przez nieuwagę swoją nie zniszczyć. Budowanie na nowo może zająć o wiele więcej czasu, bardzo się tego boję.

kasia-zet 2007-10-08 18:00:03
skomentuj (11)
podwodny świat
Z całej kliszy zdjęć jako-takich ( w sensie, że obiektyw nie został zasłoniony paluchem) wyszło mi 9. 3 z nich, które tu przedstawiam podobaja mi się najbardziej. Zrobione zostały na rafie Morza Czerwonego.







kasia-zet 2007-09-10 18:17:07
skomentuj (14)
kropka - relacja:)
Późnym środowym popołudniem (18.07.07) zjawiliśmy się we czwórkę ( Natalia, Suyia, Rafał i Zet ) na dworcu PKS w Głuchołazach, gdzie radośnie przywitał nas Potas i następnie poprowadził w stronę muszli. Na miejscu czekało już kilkoro wolontariuszy – harcerki; Kasia i Monika, Włodek, który przybył jeszcze poprzedniego wieczora, oraz Olga, która przyjechała aż z Łodzi. Po organizacyjnej rozmowie i przymusowym odpoczynku, który był zwiastunem tego, że wszystko będzie się zaczynać później, niż zostało zaplanowane, wzięliśmy się za rozkładanie namiotów. W międzyczasie dotarła do nas z Kędzierzyna koleżanka Czarna, a później Chicku z Paulą. Wieczorem, podzieleni na dwie grupy, ruszyliśmy w miasto rozwiesić resztę plakatów na słupach, co nie było konieczne, bo okazało się, że wiszą jeszcze te, które były rozklejane przed kilkoma tygodniami… taka rzecz jest nie do pomyślenia, kiedy plakatuje się np. we Wrocławiu. Tego wieczora mogliśmy się rówież przekonać, że głuchołaska policja nie śpi, ponieważ grupa plakaciarek gdzie była Ania, Suyia, Kasia oraz Monika, dostała upomnienie, niesłuszne zresztą, ale dzięki dzielnej Ani, która choć niepełnoletnia, to jednak z Głuchołaz, wszystko dobrze się skończyło : ) Na zakończenie tego pracowitego dnia, udaliśmy się do knajpki, ale nie na długo; zmęczenie mocno dało się we znaki mnie, Natalii, Suyii i Czarnej, dlatego szybko żeśmy się stamtąd zwinęły, reszta ( Ala, Paula, Rafał, Chicku, Włodek) siedziała dłużej.
Rano, (19.07.07) gdzieś tak koło godziny 9, do namiotu śpiących jeszcze smacznie wolontariuszy, wlazł Potas z miotłą w jednej ręce i szufelką w drugiej i oznajmił, że trzeba posprzątać muszlę. Na taką pobudkę ciężko było jakoś żywiej zareagować, więc świadomi ogromu pracy, jaki nas czeka, pospaliśmy jeszcze trochę. Po przebudzeniu, zjedzeniu śniadanka i znalezieniu prysznica, ja, Natalia, Olga, Czarna Monika i Kasia, wzięłyśmy się za wycinanie piórek, które jako element scenografii, miały zwisać z dachu sceny robiąc za puch, jednakowoż z uporem były zwane przez wszystkich listkami, albo jeszcze lepiej - śledziami… W tym samym czasie Tygrys, Suyia i Włodek wieszali przy scenie pięknie powiewający materiał do ogórków. Ja z pomocą Suyii i Ani, zabrałam się za wycinanie kropkowego napisu, który wraz z całą resztą scenografii zawisł na właściwym miejscu jeszcze tego wieczora. Około godziny 23 przybył Cool Max z Lilinką i już w ogóle zrobiło się rodzinnie: ) Później miało być ognisko na polanie, ale go nie było.
Nie wiem czym wolontariusze zajmowali się w piątkowe (20.07.07) przedpołudnie, gdyż wtedy wybrałyśmy się z Czarną na spacer tudzież zakupy do Czech. Kiedyśmy powróciły, trzeba było urządzić garderobę dla wykonawców i zaraz potem otworzyć nasze miejsce pracy, czyli biuro festiwalowe, ponieważ już zaczęły nadjeżdżać pierwsze gwiazdy, którym trzeba było wydawać identyfikatory (ja), dać do podpisania umowę i spisać piosenki dla Zaiks-u (Suyia - Służba Porządkowa albo Zła Kobieta), robić kawę i wydawać talony na jedzenie. Najbardziej czekałyśmy z Suyią na przyjazd Roberta K. , od którego chciałyśmy wziąć autografy – po jednym dla siebie oraz dla Wojtka L.., który nie mógł przyjechać, a jest wielkim jego fanem. Pan Robert przyjechał w końcu, ale zanim zrobił sobie próbę i inne takie, minęły chyba 3 godziny, ale w końcu żeśmy się doczekały – ach. : )) Później razem z Czarną, Suyią i LILINKĄ ( dzięki Suyia) poszłyśmy do schroniska, gdzie wreszcie otwarte zostały prysznice. Tuż przed koncertem wybrałam się z Natalią do miasta i tam niespodziewanie spotkałyśmy zmierzającego w stronę muszli Wottka, któremu cośtam odwołali w pracy i mógł jednak przybyć na Kropkę : )
Wieczorem, nad wyraz punktualnie, rozpoczął się koncert, gdzie na początek zagrała Siudma Góra, później Robert Kasprzycki, U Pana Boga za Piecem i inni. Największe szaleństwo pod sceną, kiedy widownia już opustoszała, odbyło się podczas występu Osiołków. Po koncercie i jako takim sprzątaniu śmieci, Cool wraz z Wottkiem wyciągnęli gitary i tak nam zeszło do rana na graniu i gadaniu. Ja spróbowałam się położyć spać koło 4, ale pomimo naturalnego zmęczenia, jakoś nie mogłam zasnąć przy tak pięknych śpiewach, a jak Grzesiek zaczął grać „Modlitwę o wschodzie słońca”, to już nawet zmęczenie mnie opuściło i wylazłam z namiotu, aby dołączyć do tych najbardziej wytrwałych. Większość padła dopiero koło 7, ja wtedy miałam wartę z Potasem, którego nawet nie próbowałam budzić, zresztą mnie też się przysnęło w biurze na krześle, ale na szczęście sytuację uratowała przytomna Czarna, która niestety tego ranka musiała wracać do domu, bo następnego dnia wyjeżdżała nad morze z rodzicami : ((
Po warcie (21.07.07) położyłam się na godzinkę spać, jak wstałam, to akurat zaczęły się próby wykonawców, zaczęli zjeżdżać się też nowi, co spowodowało, że trzeba było powrócić do biura. Po południu był PUCH, ( Przegląd Utworów z Charakterem) czyli konkurs, gdzie wszyscy wykonawcy (było ich 3) zostali nagrodzeni wspaniałymi gitarami. Najlepszym zespołem według mnie były Fistaszki, które na 20 Kropce będą już Fistachami i przyjechały aż z dalekich Mazur. Zagrali dwie swoje fantastyczne piosenki „Twa Miłością Panie” oraz „Czy istnieje niebo”. Po konkursie była godzina przerwy przed koncertem właściwym, podczas której razem z Natalią i Wottkiem , który wreszcie miał wolną od pracy na scenie chwilę, wybraliśmy się na spacerek. Wtedy wreszcie też poznałam Tomka J. , którego twarz prześladowała mnie już chyba rok w szkole i na różnych koncertach i ciągle zastanawiałam się kto to jest. Tomek zajął miejsce na sklepiku razem z Coolem i Lilinką i sprzedawał śpiewniki Bukowiny.
W wieczornym koncercie same gwiazdy – Dom o Zielonych Progach, Jerzy Filar, SETA Wolna Grupa Bukowina, POlek i inni. (Nie po kolei to było). Koncert spędziłam bardzo miło, krążąc od sceny - by posłuchać, przez sklepik - by pogadać, do biura – by popracować i pogadać… i z powrotem:)
A po koncercie, (22.07.07) to wiadomo…no, może tym razem urozmaiceniem było wypicie mojej urodzinowej wiśniówki, którą zrobiła Natalia : ) Znów graliśmy do rana, ja poszłam spać koło 6, aby wstać za dwie godziny na prysznic, śniadanie i sprzątanie wszystkiego, co po Kropce zostało – namioty, śmieci, scenografia i takie inne. Czynność sama w sobie nie była przykra albo smutna, ale świadomość, że niedługo przyjdzie się rozstać, nieco mnie przygnębiła. Kiedy już nie było naszego obozowiska, mając jeszcze trochę czasu do autobusu, zdechliśmy już zupełnie na ławce. Odprowadzeni na dworzec przez Beatkę z Głuchołaz, w składzie: ja, Natalia, Suyia, Lilinka, Rafał i Wottek, powróciliśmy do Wrocławia.
Jak na pierwszy raz, festiwal udał się moim zdaniem znakomicie, publiczność dopisała, a ja sama zapomniałam tam o wszystkim innym:)) No nie wiem jak to jeszcze napisać.
Jeśli chodzi o zdjęcia, to można je znaleźć na stronkach następujących osób:
Potas
Chicku
Paula
Cool i Lilinka
moje
a
tutaj taki filmik.

*relacje, relacje....
Suyia
Lilinka

kasia-zet 2007-07-27 03:45:07
skomentuj (25)
obowiązek wolontariusza


:))
kasia-zet 2007-06-26 02:30:00
skomentuj (12)
Le Chat noir


Niedawno udało mi sie nabyć w czeskim antykwariacie taką kopię plakatu 'Czarnego kota' (71x50cm) za fantastyczną cenę 55Kč. Autorem tego jednego z wielu fascynujących wizerunków kotów reklamujących kabaret ( o tytułowej nazwie właśnie), jest francuski malarz i grafik Théophile Alexandre Steinlen.

kasia-zet 2007-05-28 16:40:24
skomentuj (8)
takie, takie -
Zwykle na co dzień, szczególnie w szkole, staram się uchować w sobie jakąś kojącą pewność, że niezależnie od tego, co spotykam na torze, którym toczy się surowy zazwyczaj świat, zawsze istnieje rzeczywistość wewnętrzna, która należy tylko do mnie, że siedzi w niej dusza, która jest całą, jednoosobową widownią i zawsze potrafi oddać się cudowi coraz to na nowo, bo za każdym poprzednim razem zdaje się, że łaska i powołanie do niego zostało roztrwonione. ale nie - zawsze jest na nowo.
Tylko ta świadomość staje się w momentach ogarniającego brudu myślowego chytra, zupełnie bezsensownie i można sobie dużo rzeczy ubzdurać, takich, że hoho i już dalej niewiadomo co… takie niebezpieczeństwo.
A fe.
__
uczucie, kiedy już się rozpozna nawrót choroby chytrości, w której wiele razy już człowiek zasmakował, i w której czuć wciąż uczącą się cierpliwości rozpacz.
Najlepszym środkiem zaradczym jaki znam jest wtedy zmiana miejsca. Wyjść i poćwiczyć wzrok na wzajemnym mijaniu się krajobrazów, zatopić się całkiem w ich nieustannej grze.
jednak pomimo próżności i chwil jako-takiego ładu, cały czas unosi się nad moją głową pełna pogody i ciepła aura. zawsze widzę przed sobą i czuję jakieś szczęście. Tuż, tuż obok jest tęsknota, dla której nie ma chyba takiej granicy spełnienia, którą można by spotkać na Ziemi.
Wydaje mi się, te wszystkie ambicje, może beznadziejne złudzenia wszystkich wysiłków nie są czymś odosobnionym i osobistym. I moja tęsknota nie jest szczególnym tego przypadkiem. Własnie w ogóle nie jest przypadkiem. Myślę, że to należy do każdego człowieka, nawet ktoś najbardziej niepozorny dąży ku niemożliwemu i nosi w sobie jakiś ideał. Ta sama gra u wszystkich, bardzo cenna sama w sobie, pobudza i chyba nadaje życiu jakiś ton. Można dążyć głupiej, można mądrzej… można się później uważać za osła swoich sukcesów, które i tak nigdy nie będą pełne, bo jakby były, to musielibyśmy dostrzec jakiś koniec.
Z drugiej strony nie wiem – to trochę jakby ułuda. Pewnie, może istniał ktoś doskonały… albo może k a ż d y jest doskonały dopiero na samym końcu.
Chyba nie ma nic bardziej motywującego.
__
dobry spokój zagościł u mnie. Podejmująć wysiłek uporania się z mą chytrą świadomością i głupią, ogarniającą głowę od czasu do czasu melancholią, mogę zrobić o tyle więcej!
Zielik zaliczył wśrodę swoją prezentację maturalną na temat wpływu cenzury na literaturę na 100%!, co oznajmił esemesem, zaraz po wyjściu z sali. Jestem z niego dumna, ( wszak jest to umysł ścisły i z polskiego miał dwóję…) choć po tylu razach, ile żeśmy wszystko ćwiczyli z zegarkiem w ręku, nie zdziwiło mnie to zupełnie. Najbardziej bałam się, że się zestresuje i ucieknie z hukiem z sali, jak mnie się zdarzyło ponad rok temu, ( jakież to odległe…) ale na szczęście nic takiego nie nastąpiło. Pikuś, co innego zdawać z FIZYKI, uh : )
Przez wszechobecne matury, naszła mnie ponowna chęć obejrzenia ‘Ostatniego dzwonka’. Okazało się, że płytę z tym filmem pożyczyłam, zupełnie nie pamiętam komu, ale jak dzisiaj czekałam na Emila przy przejściu podziemnym na Placu Dominikańskim, spotkałam Ankę F. i okazało się, że ona ten film posiada, to sobie jutro obejrzymy. Lubię takie przypadkowe spotkania w mieście, bardzo.
__
Ach, niech jeszcze bardziej radosnym zakończeniem tego tekstu będzie pewne zadanko z fizyki, które wzbudziło w naszych młodych umysłach tyleż zamętu, co śmiechu i mnie samej zdaje się zgoła nierozwiązywalne : tu. Może ktoś potrafi :)) …
Nawet mi się dziś śniło, że to, czy prof. Zięba będzie miał z nami fakultet z fizyki w klasie drugiej, zależy od tego, czy uda nam się rozwiązać to zadanko w 24h. Niestety po dzisiejszej rozmowie z Panem Dyrektorem , którą odbyłyśmy całkiem już realnie, wraz z Rzechonem i Szatanem, okazało się, że tego się nie da zrobić, bo prof. Zięba ma już za dużo fakultetów, ale będziemy mieć z nim dodatkową fizykę, czyli w sumie 5 godzin. dobrze, że po drodze są wakacje : )
A właśnie… dziś pomyślałam sobie, że czas skończyć sielankę i wziąć się do pracy w szkole, bo przez takie bimbanie narobiło mi się nieco zaległości, część już nadrobiłam, ale jednak jeszcze trochę zostało. Pierwszym krokiem w tym kierunku ma być to, że koncentruje się na lekcjach i nie gadam na nich. Dziś jak spróbowałam, to postanowienie nie okazało się takie proste, bo nawet jak nie rozmawiałam ( i ganiłam Puzla, za to, że w ogóle rozpoczyna konwersację ) , to moim myślom daleko było do tematu wykładu…

kasia-zet 2007-05-14 23:52:27
skomentuj (3)
___

w górach


w chmurach
; )))))))))

kasia-zet 2007-05-04 01:12:02
skomentuj (4)